Prezentuję urywek artykułu mojego autorstwa skierowany do wiecznie odchudzających się.

 "Pierwszym krokiem, jaki robią osoby przechodząc na dietę niskoenergetyczną, popularnie zwaną dietą odchudzającą, jest rezygnacja z pokarmów dających im przyjemność. Jest to prosty i niezawodny przepis na niepowodzenie, które w przyszłości objawi się efektem jo-jo lub osłabieniem i wyniszczeniem organizmu.

„Kęsy, których nie ugryziemy, ugryzą wkrótce nas” - tak w swojej książce pisze Brian Wansink. A przecież nie o to chodzi.

Słowo dieta oznacza styl życia, a nie chwilową zmianę nawyków żywieniowych. Dlatego niezmiernie ważne jest, by wszelkie zmiany dotyczące odżywiania wprowadzać powoli i racjonalnie. Większość ludzi najchętniej sięga po najprostsze rozwiązania oczekując, że głodówki, diety cud i suplementy w zupełności rozwiążą ich problem. Nabierając się na tego rodzaju chwyty marketingowe, cieszą się przez chwilę upragnioną sylwetką. Kolejnym nieuchronnym etapem w ich życiu jest efekt jo-jo. I co dalej? Kolejna dieta obiecująca -10kg w ciągu miesiąca? Depresja? A może wyniszczenie organizmu w wyniku nieustannych głodówek?Czy to ma sens?"

Co sądzicie?